Czwartek, 28 maja 2026 — Kielich i samotność czuwających
Ogród po zamknięciu kancelarii

Jest taka godzina na każdej plebanii, zwykle późnym wieczorem, gdy milkną telefony, gasną światła w kancelarii, a ostatni członkowie grup parafialnych wrócą do domów. Nastaje cisza. To w tej ciszy, w samotności pokoju, często dopada nas własne Getsemani. Nie to heroiczne, z wielkich traktatów duchowych, ale to prozaiczne, sklejone ze zmęczenia, z poczucia bezowocności minionego dnia, z goryczy konfliktu w radzie parafialnej, z ciężaru anonimowego hejtu w internecie, z dojmującej świadomości, że jesteśmy sami. Jak wielu z nas, patrząc w lustro po zdjęciu koloratki, widzi nie pasterza, a jedynie przeoranego troskami administratora albo funkcjonariusza kultu, którego dusza jest smutna, może nawet aż do śmierci?
Gramatyka agonii
Ewangelista Mateusz, pisząc o modlitwie w Ogrodzie Oliwnym, używa precyzyjnych, teologicznie gęstych sformułowań. Chrystus „począł się smucić i odczuwać trwogę” (gr. lypeisthai kai adēmonein). Drugi z tych czasowników, adēmonein, jest niezwykle rzadki i mocny. Nie oznacza zwykłego lęku. Opisuje stan skrajnego wyczerpania, niepokoju i udręki psychicznej, niemal paniki, która odbiera zdolność racjonalnego myślenia. To nie jest poetycka metafora. To kliniczny opis duszy przygniecionej ciężarem, którego nie jest w stanie unieść. Następnie sam Jezus diagnozuje swój stan: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci” (perilypos estin hē psychē mou heōs thanatou). Perilypos to więcej niż smutek; to bycie „otoczonym, osaczonym przez smutek”. To stan egzystencjalnego oblężenia.
W tym właśnie momencie, w szczycie agonii, prosi o ludzką bliskość: „zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. A potem, w radykalnej samotności, zwraca się do Ojca z prośbą o odsunięcie „kielicha”. Ten „kielich” (potērion) w języku biblijnym to nie tylko symbol cierpienia. To przede wszystkim metafora losu, przeznaczenia wyznaczonego przez Boga, często oznaczająca kielich Bożego gniewu wylany na grzech (por. Iz 51,17; Jr 25,15). Chrystus, Arcykapłan, nie prosi o uniknięcie bólu fizycznego. On w pełni swojej ludzkiej woli konfrontuje się z przyjęciem na siebie konsekwencji grzechu całej ludzkości. Jego modlitwa nie jest wahaniem co do misji, lecz autentycznym, ludzkim zmaganiem woli, które znajduje swoje ostateczne rozwiązanie w kapłańskim akcie posłuszeństwa: „Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”. To jest moment fundacyjny każdego kapłaństwa.
Nasi śpiący uczniowie i nasze ucieczki
My także mamy swoich śpiących uczniów. Czasem są nimi nasi parafianie, którzy mimo naszych wysiłków pozostają duchowo obojętni. Czasem to bracia w kapłaństwie, zajęci własnymi sprawami, z którymi rozmowa o prawdziwych zmaganiach duchowych jest niemożliwa, bo grzęźnie w narzekaniu na kurię lub w jałowych sporach ideologicznych. Najczęściej jednak śpiącym uczniem jesteśmy my sami dla siebie, gdy uciekamy przed konfrontacją z własnym „kielichem”. Uciekamy w gorączkową aktywność duszpasterską, która staje się aktywizmem. Uciekamy w biurokratyczną perfekcję, bo łatwiej zarządzać cmentarzem niż prowadzić żywe dusze. Uciekamy w cyfrowy świat, gdzie anonimowe dyskusje dają iluzję relacji bez jej kosztów i wymagań. Każda z tych ucieczek jest formą snu, odmową czuwania z Nim w naszym własnym Getsemani.
Wystarczy przywołać postać literacką, ale jakże prawdziwą – „whisky-księdza” z Mocy i chwały Grahama Greene’a. To człowiek upadły, tchórz, alkoholik, świadom swojej nędzy i niegodności. A jednak, gdy przychodzi ostateczna próba, nie ucieka. Idzie na pewną śmierć, by wyspowiadać umierającego gangstera. W nim, w tym antybohaterze, realizuje się dramat z Ogrodu Oliwnego: „duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Jego kapłaństwo nie objawia się w sile, ale w ostatecznej zgodzie na wypicie kielicha, który go przeraża. Jego wierność nie polega na byciu bezgrzesznym, ale na tym, że w decydującym momencie przestaje uciekać. Podobnie jak Abraham z pierwszego czytania, który idzie na górę Moria, nie rozumiejąc, ale ufając, tak i my jesteśmy wezwani do złożenia w ofierze nie tego, co łatwe, ale tego, co stanowi o nas samych – naszej woli, naszych planów, naszego lęku.
Nie jak ja chcę
Nasza kapłańska tożsamość nie jest sumą naszych sukcesów duszpasterskich, lecz miarą naszej zgody na czuwanie w samotności, gdy wszyscy inni śpią. To tam, w konfrontacji z własną słabością i wiernością mimo wszystko, upodabniamy się do Arcykapłana.
Kapłaństwo nie jest ucieczką od kielicha, ale zgodą na jego wypicie w ciemności.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Simon Ray, Fermoar.ro — via Unsplash




